Cud światła

Boicie się ciemności?

Kiedy byłam mała, zasypiałam bez nocnej lampki. Światłem na dobranoc był głos mojej mamy snującej opowieść na skraju łóżka, jej uścisk i otulenie mnie kołdrą.

Nadszedł moment, kiedy ciemność oślepia, trudno zobaczyć coś poza nią. Nocą wstaję, nocą wędruję przez dni.

Żydzi świętują Chanukę na pamiątkę wydarzeń sprzed tysięcy lat. Odzyskują wtedy skarb – Świątynię w Jerozolimie. Miejsce – fundament. Miejsce, bez którego nauczyli się żyć, ale do którego tęsknią i bez którego nie czują się w pełni sobą. Jednak martwią się. Brakuje specjalnej oliwy do menory, świątynnego świecznika. Mają zapas tylko na jeden dzień. I dzieje się cud. Menora pali się osiem dni. Czas, który wystarczy na przygotowanie dodatkowej oliwy.

chanuka1

Kiedy wydaje się, że ciemność nie odpuści, wyostrzam wzrok. I dostrzegam światło. W poranku, kiedy Szymon, mój synek, przybiega się przytulić. W rozmowie telefonicznej z ciocią, podczas której podaje mi ona przepis na biszkopt z pięciu jaj. Widzę światło w ludziach, którzy decydują się pomagać. Organizują się dla tych, którzy koczują na granicy wytrzymałości, grzęzną w mroku.

Im bardziej wypatruję, tym więcej światła widzę.

Cud.

Wariacje na koniec Sukot

Lapis lazuli. Tym razem nie jest to kamień znaleziony podczas spaceru. – Chciałbym, żebyś coś sobie wybrała – powiedział Szymek, kiedy błądziliśmy między stoiskami giełdy minerałów.

Mieści się w garści a jest jak ocean, w którym przegląda się niebo. Skała, która odbija wszechświat.

Teraz leży na oparciu fotela. Sięgam po kamień a jego gładki chłód nakrapiany złotem prowadzi mnie do wnętrza budowli zamkniętej w biblijnej Księdze Wyjścia. To świątynia na wygnaniu. Tora wymienia listę materiałów, z których jest skonstruowana, wśród nich lapis lazuli.

Z wnętrza wychodzę na pustynię. Wędruję wąwozami, mam obtarte stopy, spierzchnięte usta, przed słońcem i nocą chronię się w szałasie. Przez dach widzę gwiazdy, planety i księżyc i czuję, jak z moim kamieniem w dłoni patrzę na samą siebie, ciało niebieskie świecące w nieskończoność.

pop

I Szymon chciałby wyjść na pustynię. Wrócić tam, gdzie już kiedyś był. Odnaleźć skałę kredową, na której napisał palcem „tatuś”, zobaczyć co jest za kolejnym wzniesieniem. Czy trafi mu się kamień, który wskaże mu cel wędrówki?

Przepraszam

Notatki do tego wpisu zrobiłam przy kawiarnianym stoliku. Piątkowe popołudnie stukało krokami przechodniów, piszczało oponami hamujących samochodów. Tramwaje stawiały kropkę po każdym zdaniu.

Słońce odbijało się w oknach błękitnego wieżowca zapewne tak samo jak kilkadziesiąt lat wcześniej w oknach synagogi na Tłomackiem. Gdyby jej budynek nadal stał, wśród przechodniów wypatrzyłabym pewnie tych zmierzających na modlitwy w przededniu Yom Kipur.

– Nigdy nie przeżyłem takiej jesieni w Polsce – oświadczył mój ośmiolatek, podczas jednej z tras, które robiliśmy tego popołudnia. Dzień był cudny. – Popatrz, drzewa wyglądają jakby nad placem przelatywał malarz z paletą i kapała mu na nie farba.

Ale ranek nam się rozsypał. Dzień Uśmiechu ogłoszony w podstawówce Szymka rozpoczął się od jego płaczu i moich nerwów. Uśmiechnięty znaczek wpięty w koszulkę patrzył na mnie nieprzychylnie, kiedy krzykiem  pospieszałam zaspanego chłopca na każdym etapie naszej drogi do szkoły. Wstawaj, jedz szybciej, ubieraj się, zakładaj buty, szybciej, zapnij się, rozepnij się, zdejmuj buty.

W drodze do pracy i w pracy myślałam o tym jak zepsułam Szymkowi wstęp do Dnia Uśmiechu, jak utrudniłam świętowanie. Odbierając go ze szkoły, przeprosiłam. Przepraszając ułatwiłam sobie wstęp do rozpoczynającego się właśnie Dnia Pojednania. Yom Kipur. Niby przepraszać można każdego dnia, ale jakoś nie wychodzi. Jakie to uwalniające przyznać, że było się podłym. Przepraszam.

przepraszam1

Wystarczy tego strachu

- Pomasujesz mnie po plecach? – pyta Szymek moją mamę wyłożony na kanapie w jej mieszkaniu. Babcia ma ciepłe i szorstkie dłonie, których dotyk powoduje, że Szymon dociera tam,  gdzie jest tak przyjemnie i bezpiecznie, do granicy snu. Babcia mieszka po sąsiedzku. Wieczorami sprawdza, czy jesteśmy w domu wypatrując świateł w naszych oknach. Po szkole często zabiera Szymka na obiad. Jadą, każde na swoich dwóch kółkach, nie wiem, o czym rozmawiają, to ich sprawa.

rowery

A ja babci się bałam.

W kącie pokoju stołowego, w nigdy nie dokończonym domu dziadków w Kole, stało jej łóżko. Leżała. Pamiętam chłód tego domu i chłodny zapach, tak jakby zawsze panował tam listopad. Długi korytarz łączył resztę mieszkania z kuchnią. Pamiętam wycieczki na nieotynkowane piętro i szperanie w stosach starych pocztówek. Pamiętam szare światło, w tym świetle okrągły stół, na nim cukiernicę. Babcia dostała go od dziadka na imieniny, tak mówi moja mama, ich młodsza córka. Pod ścianą oddzielającą wnętrze od ogrodu stał mebel, który wydaje mi się kombinacją szkła, luster i drewna. Nie ma kształtu, ale ma zawartość. W środku, poza cukiernicą wędrującą między stołem a meblem spod ściany, była maca. Jej smak i nazwa już wtedy były dla mnie oczywiste.

Rzadko podchodziłam do jej łóżka. Babcia miała na czole strup. Nie słyszę jej głosu, pamiętam spojrzenie. Patrzyła na mnie oczami, w których nie rozpoznawałam tego, czego dowiedziałam się wiele lat później, oczami kogoś kto w wieku szesnastu lat został sam z sześciorgiem młodszego rodzeństwa, wychował je, zdecydował się na ślub z Polakiem wbrew rodzinie, ukrywał się podczas wojny, narażał własnym pochodzeniem własne dzieci, stracił bliższych i dalszych krewnych, a w ostatnich latach życia oszalał ze strachu.

Zmarła w czasie stanu wojennego. Podczas pogrzebu miałam na sobie szarą, plisowaną spódniczkę z paczki. To pamiętam.  Potem nic. A potem zatarte wspomnienie z podstawówki. Mówię koleżance z klasy, że babcia była Żydówką, czyli wiem już wtedy, znam to słowo, ale czy znam jego znaczenie? Następnego dnia koleżanka mówi, że jej rodzicie mówią, że… Nie pamiętam. Pamiętam, że przestałyśmy się bawić.

Mijają lata. Nie pamiętam, nie pamiętam, nie pamiętam.
Jeździmy do Koła na grób. W domu nadal pachnie chłodem.

Nie wiem kiedy przyszła do mnie domagając się innych wspomnień. – Już się mnie nie bój – powiedziała. O coś zapytałam mamę, do czegoś doszłam sama. Przyjrzałam się zdjęciom, które od lat wiszą na tych samych miejscach w domu moich rodziców.
- Byłam kiedyś radosnym człowiekiem otoczonym rodziną i przyjaciółmi –  słyszę.
- Wystarczy tego strachu.

W koło Macieju?

- To jest miód z chałą a nie chałka z miodem. Rób to przynajmniej nad talerzem – zagdakałam. Kwoka pouczyła kurczątko, które dziobało trzeci kawałek domowego wypieku zalewając go obficie gryczaną słodyczą. Szymek unurzał nas w dobrobycie. Sądząc po ilości miodu, który pozostał w słoiku, niczego innego poza miodem właśnie w nowym roku nie powinno nam brakować.

wkoło

Wersja ekspresowa, zawsze wychodzi – napisano w przepisie na chałę. Pół szklanki mleka, łyżka cukru, łyżka mąki, pięćdziesiąt dag drożdży. Zmieszałam składniki na zaczyn i odstawiłam na kuchenkę do wyrośnięcia. Rzeczywiście ekspresowo wydostał się z garnuszka i pełzł w moją stronę.

Wyrobiłam ciasto, zaplotłam warkocz i zwinęłam tak, żeby chała była okrągła.  Swoim noworocznym owalem ma symbolizować pełnię, pomyślność oraz kolisty roczny cykl żydowskiego życia. Pory roku, święta, na które się czeka, powrót z wakacji do szkoły, do pracy, do obowiązków, które może nie cieszą tak jak możliwość podejmowania decyzji bez patrzenia na zegarek. I tak w koło Macieju.

Zastanawiam się, czy rok 5775 nie zejdzie jednak z tej orbity. 57 a potem 75… Trochę jakby przeglądał się w lustrze albo patrzył wstecz. Za miesiąc na warszawskim Muranowie, w miejscu, gdzie dawno niedawno na każdej z ulic pachniało intensywnie chałką, w budynku, który rozświetla od ponad roku tą przestrzeń, otwarta zostanie wyjątkowa wystawa. Czy Szymon i ja stając przed tym lustrem przeniesiemy się w przeszłość, która potwierdzi naszą obecność tutaj dziś?

28 października przyjdźcie do Muzeum Historii Żydów Polskich i sami sprawdźcie.

Jeszcze o Święcie Trąbek

Jest taki obraz, na którym dźwięk gra światło. Nosi tytuł Święto Trąbek a namalował go Aleksander Gierymski w czasach, kiedy na jesieni Wisła porywała i unosiła do Bałtyku grzechy kończącego się właśnie roku. Zło, które wyrządzili, spisywali na karteczkach religijni Żydzi a potem stawali na brzegu szumiącej rzeki, pachniało dymem, rybami, wodą i może jeszcze cierpko-słodko nadgniłymi jabłkami a oni kiwając się w rytm zachodzącego słońca odmawiali modlitwy. Pan malarz chwycił pędzlem moment, który jest tajemnicą i nie został opisany w Torze.

I rzekł Bóg: „Niech się stanie światło!” I stało się światło.
I widział Bóg światło, że dobre; i rozdzielił Bóg między światłem i ciemnością.
I nazwał Bóg światło dniem, a ciemność nazwał nocą.
I był wieczór i był ranek – dzień jeden.*

Pan malarz chwycił to co pomiędzy. Czas, kiedy dzień bezdźwięcznie przechodzi w noc.

Bolesław Prus, pisarz znający i opisujący dzieła malarza Gierymskiego, nazwał go kapłanem światła.

Jeżeli jest w naturze jakiś duch uniwersalny, to ciałem jego jest chyba światło, które kojarzy między sobą najodleglejsze przedmioty i nadaje myśli i sensu całej naturze. [...] Taki więc artysta, jak Gierymski [jest] kapłanem światła, którego śledzi tajemnice i wykłada nam jego piękności. **

Może w zasypiającym świetle brzmi echo dźwięków szofaru, „duch uniwersalny” szepcze z religijnymi Żydami zastygłymi w modlitwie na brzegu Wisły. Może wsłuchują się oni w odgłosy stworzenia świata?

Gierymski_Feast_of_trumpets_I.jpg

Co słyszał Szymon pedałując ścieżką rowerową w drodze z Centrum Nauki Kopernik, gdzie spędziliśmy kilka godzin ostatniej soboty? Tego dnia Kopernik po raz kolejny wstrzymał dla nas słońce. Być może słuchaliśmy zmierzchu w miejscu, w którym Żydzi wzruszali się razem z ziemią jej stwarzanym na nowo i nowo pięknem.

* Tora, Genesis, Rozdział I, 3-5

* * B. Prus, Arcydzieło Aleksandra Gierymskiego, „Kurier Codzienny” 1888, nr 194

Szana Towa! Szczęśliwego Nowego Roku 5775

Szymon uczy się grać na klarnecie. Potrafi wydmuchać już trzy dźwięki. Zaczyna od E, przez D, kończy na C. W duecie z panią Kasią, nauczycielką klarnetu, wygrywają nawet Panie Janie.
5775

Zdarza się, że Szymkowi zamiast ciepłego, aksamitnego tonu wychodzi z czary klarnetu kiks. Kiks jest przenikliwy, może być bolesny dla uszu, trochę tak jakby klarnet beczał a nawet zawodził. Wczoraj taki tnący dźwięk słyszałam zza ściany synagogi im. Nożyków, w sercu Warszawy. Ktoś dął w szofar. Dziś wigilia Rosz Haszana, zacznie się rok 5775 a moja babcia Adela-Udel Sura urodzi się po raz kolejny w pamięci naszej rodziny.

Tak było. Udel Sura przyszła na świat złotą jesienią, w żydowski nowy rok. Może głos szofaru, dźwięk baraniego rogu, był pierwszym, który do niej przemówił? Po polsku mówiono, że to Święto Trąbek, tak było głośno.

Żydzi wierzą, że poprzez szofar zwraca się do nas Haszem, ten którego imienia nie można wypowiedzieć. „Akt słuchania szofaru jest aktem stworzenia, podczas którego człowiek wypełnia obowiązek tworzenia samego siebie”. Lubię wyobrażać sobie jak mała, maluteńka Udel Sura, golusieńka, nasłuchuje, nie płacze, staje się. Zgodnie z tradycją, Rosz Haszana, czyli Głowa Roku, daje nam wszystkim taką szansę. Z kolejnym początkiem możemy stawać się od nowa, lepsi. Złe uczynki odpłyną z nurtem jeśli spiszemy je na karteczkach i rzucimy do rzeki. Świętowanie urodzin świata i stwarzania siebie? Szymon i ja na pewno zjemy po kawałku działkowego jabłka zanurzonego w mazurskim miodzie. Na przyjemny, zupełnie nowy, pełen dobra rok!